Punk nie umarł — przeniósł się do sal konferencyjnych i biur. Coraz więcej osób związanych z biznesem otwarcie czerpie z estetyki i filozofii punkowej, szukając alternatywy dla korporacyjnej biurokracji i oderwanych od rzeczywistości wskaźników.

Adrian Swinscoe, konsultant ds. doświadczeń klienta, kilka lat temu zauważył, że jego branża zbyt mocno skupiła się na benchmarkach i metrykach, tracąc z oczu prawdziwe relacje z klientami. Podczas rozmowy ze znajomym przy piwie stwierdził, że przydałoby się podejście bardziej „punkowe”. Tak narodził się jego książkowy projekt „Punk CX” — przewodnik, w którym zamiast rozdziałów są „kawałki”, a zamiast rozbudowanych analiz krótkie, mocne wskazówki. „Odrzuć swoje metryki” — brzmi jeden z nagłówków obok kontrastowego obrazu gilotyny. Książka, utrzymana w estetyce fanzinu, spotkała się z pozytywnym odbiorem. Powstał drugi tom „Punk XL” oraz podcast, w którym Swinscoe rozmawia z liderami dużych firm i startupów.

To nie odosobniony przypadek. W biznesie pojawiają się „punkowi” inwestorzy venture capital, firmy nieruchomościowe, a nawet specjaliści od zasobów ludzkich. Nowojorska grupa Punks & Pinstripes określa się mianem „tajnego stowarzyszenia” dla odnoszących sukcesy osób, które chcą na nowo zdefiniować sukces po swojemu. Jednocześnie część komentatorów internetowych okrzyknęła generatywne AI i „vibe coding” nowym punk rockiem.

Dla ludzi wychowanych na punkcie w latach 70. i 80. takie połączenie może brzmieć absurdalnie. Jim Ruland, autor książki o wytwórni SST Records, nie kryje zdziwienia. Jego zdaniem każdy, kto dorastał w tamtej scenie, uznałby ten mariaż za całkowite zaprzeczenie idei punkowej. Bo przecież punk od początku sprzeciwiał się wielkim korporacjom, stawiał na wspólnotę i autentyczność, a nie na sprzedawanie się systemowi.

Same zainteresowane osoby częściowo się z tym zgadzają. Laurie Ruettimann, konsultantka HR i autorka podcastu „Punk Rock HR”, mówi wprost: „Nie można być punkowym i uczestniczyć w kapitalizmie”. Przyznaje jednak, że rozumie hipokryzję, o której mówi. Dorastała, słuchając The Clash, Screeching Weasel i KMFDM. Po studiach musiała zarabiać — pracowała w Monsanto, Unilever i Pfizer, a dziś jako coach executive pobiera stawki od 450 dolarów za godzinę. „Kochałam te wszystkie zespoły, ale kochałam też ubezpieczenie zdrowotne i możliwość spłaty kredytu studenckiego” — opowiada. Przez lata zmagała się z napięciem między swoimi wartościami a koniecznością zarabiania. Dziś stara się działać zgodnie z sobą: nie przyjmuje zleceń na wystąpienia publiczne w stanach o polityce godzącej w prawa kobiet i osób LGBTQ+, a jako przewodnicząca fundacji ITSA Foundation wspiera ideę dochodu podstawowego. W swojej pracy coachingowej pomaga klientom pogodzić wartości z potrzebą utrzymania się na pewnym poziomie w średnim wieku.

Podobną drogę przeszedł Chris Lynch, nazywany „punkowym VC”. Jako nastolatek słuchał Sex Pistols i Buzzcocks, grał na basie w zespołach. Szybko jednak przekonał się, że muzyka nie zapewni mu utrzymania. „W pewnym momencie życie się potoczyło, zanim się obejrzałem, byłem żonaty, miałem dziecko i musiałem płacić czynsz” — wspomina. Dziś jest CEO firmy AtScale, która buduje warstwy danych między systemami korporacyjnymi a narzędziami AI. Nie porzucił jednak punkowego ducha — przeniósł go do sposobu zarządzania i patrzenia na biznes.

Dla czytelniczek, które szukają sposobu na połączenie własnych wartości z pracą zawodową, te historie mogą być inspirujące. Nie chodzi o to, by nagle zakładać zespół punkowy, ale o podejście: mniej biurokracji, więcej autentyczności, działanie po swojemu i odwaga w odrzucaniu tego, co nie służy. Jak mówi Ruettimann, jeśli któregoś dnia zrozumiesz, że system jest pogmatwany, a ty jesteś w niego uwikłana, ale wciąż musisz płacić rachunki — nie jesteś sama. Można próbować robić to po swojemu, nawet jeśli nie jest to idealnie czyste.

Autor

Zdrowie i relacje

Joanna Lis — zdrowie i relacje, Jej Tempo.