Kiedy synowie byli mali, sąsiad zapytał ich, czy ich mama umarła. Chłopiec odwiedzający dziadków nigdy nie widział jej w domu w tygodniu — była w pracy. Dzieci przyjęły to ze śmiechem, ale ona poczuła ogromne wyrzuty sumienia. Jak pokazują badania KPMG, nie jest w tym odosobniona: 43% pracujących rodziców zmaga się z poczuciem winy, że za mało czasu poświęcają domowi lub pracy, przy czym kobiety odczuwają je częściej niż mężczyźni (50% wobec 38%).
Autorka, obecnie prezeska i dyrektorka finansowa firmy z listy Fortune 500, postanowiła nie dać się temu uczuciu. Zrozumiała, że jest lepszą matką, gdy praca ją spełnia. Powiedziała synom, że ich kolega ma mamę, która mniej pracuje, ale oni mają mamę, która jest w swoim zawodzie naprawdę dobra. Ta perspektywa pomogła jej przetrwać lata, gdy łączenie obowiązków było jeszcze trudniejsze niż dziś.
Pierwsza rada, którą daje innym, brzmi: przestań dążyć do równowagi. Równowaga sugeruje, że można mieć jedną nogę w życiu prywatnym, a drugą w zawodowym przez cały czas. To niemożliwe, zwłaszcza gdy ktoś ambitny chce zarządzać firmą wartą miliardy. Są tygodnie, gdy praca jest najważniejsza, na przykład podczas zamykania wyników kwartalnych. Są też weekendy, gdy świadomie odkłada się służbowe wiadomości. Zamiast równowagi proponuje koncepcję „zdyscyplinowanej obecności” — czyli podejmowania świadomych decyzji, komu i czemu poświęcamy uwagę, i trwania w tych wyborach. To odkładanie telefonu podczas spotkania czy niesprawdzanie maili przy kolacji.
Druga zasada to niemierzenie siebie chwilą. To, że coś wygląda teraz w określony sposób, nie znaczy, że tak będzie zawsze. Gdy synowie mieli 2 i 5 lat, nie mogła regularnie chodzić na siłownię. Zaakceptowała to, wiedząc, że ten okres jest tymczasowy. Gdy dzieci podrosły, zyskała więcej czasu na pracę, podróże i treningi. Teraz, gdy najstarszy syn wyjeżdża na studia, ogranicza wyjazdy służbowe, bo zostało jej ograniczonych miesięcy pod jednym dachem z nim. Nie należy podejmować trwałych decyzji pod wpływem tymczasowej sytuacji ani pozwalać, by przekonała nas, że ponosimy porażkę.
Najlepszą radę usłyszała od innej liderki: „Przestań zakładać, że wiesz, czego chcą od ciebie bliscy. Zapytaj ich”. Gdy zapytała synów, okazało się, że wiele rzeczy, o które się obwiniała, wcale nie miało dla nich znaczenia. Nie potrzebowali, by była klasową mamą ani by bywała na każdym treningu. Liczyło się co innego: obecność na weekendowych meczach — chodziła na prawie wszystkie i była najgłośniejszym głosem na trybunach — oraz wieczorny rytuał. Zawsze to ona kładła ich spać i do dziś, gdy jest w domu, jako ostatnia życzy im dobrej nocy.
Wyrzuty sumienia to zmarnowana energia. Nie sprawiają, że rodzina czuje się bardziej kochana. Mogą wydawać się dowodem troski, ale najczęściej są tylko dowodem na to, że mierzymy się z nierealnymi standardami. Jak ujęła to projektantka Diane von Fürstenberg, cytowana przez Victorię Beckham: „Poczucie winy to tak negatywna emocja. Jest bezcelowe. I bardzo postarza”. Zamiast się nim zadręczać, warto zapytać bliskich, co jest dla nich naprawdę ważne, i chronić te konkretne momenty. Dzieci nie zapamiętają opuszczonego treningu, ale zapamiętają, że rodzic był na prawie każdym ważnym meczu i był ostatnią osobą, którą widziały przed zaśnięciem.